Jeśli chodzi o estetykę ogólnie, Boliwia to jest – trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie – hardkor (nie używałem tego słowa mniej więcej od czasów, kiedy chodziliśmy z M. w Gorgany , aliści nadszedł dzień by odgrzebać studenckie słownictwo, nawet kosztem niebezpieczeństwa, że zjawi się B. i mi wyrzuci, że „hardkor” to „rażące w uszy zapożyczenie”, na co musiałbym się zgodzić... no ale dopuśćmy „hardkor” na licencji owych gorgańskich wspomnień). I mało tego. Najczęściej Boliwia w wyścigu za estetyką odpada w przedbiegach, to jest na etapie c z y s t o ś c i. Ja wiem, że to politycznie niepoprawne, że będą tacy, którzy mi to wezmą za postkolonialny europocentryczny świński szowinizm. Powołam się jednak na pioniera polskiego reportażu podróżniczego Kazimierza Nowaka (Afryka na rowerze tam i z powrotem w 5 lat w latach trzydziestych ubiegłego wieku) który się nie certolił i gdy Murzyni byli leniwi, pisał: Murzyni są leniwi. Aha, no więc i ja napiszę: w Boliwii jest, cholera, brudno....