Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą ludzie

11 października — ostatni dzień wolności

Urząd Gminy miejscowości Puerto Tirol znajduje się na roku ulic 12 października i Julio Roca. "Oni coś nam chcą w ten sposób powiedzieć" — ironizuje Lecko Zamora z etni Wichi. Lecko Zamora Pomimo 6 lat podróży po Ameryce Łacińskiej nie mogę się pochwalić zbyt obszerną historią kontaktów z ludnością rdzenną. Początkowo wynikało to z następującej racjonalizacji: wszyscy tu przyjeżdżają zawracać głowę Majom, Aztekom i Inkom, więc ja, jako że zawsze wszystko muszę robić na odwrót, ja zajmę się raczej ludnością mieszaną. To rzeczywiście ciekawe bo ta ostatnia, nazywana po polsku Metysami, chociaż stanowi liczebną większość, często przepada w nakierowanej na egzotykę narracji o kontynencie, która to narracja skupia się na ludności rdzennej właśnie. I bywa bardzo często narracją raczej płytką: ojojoj, jacy są biedni — z jednej strony, ajajaj, jakie fajne halucynogeny produkują — z drugiej. Ludność rdzenna Ameryki Łacińskiej, zredukowana przez 500 lat kolonizacji do marnych...

Checho, równy gość

Checho to równy gość. Pochodzi z Cordoby, jednego z największych miast kraju, gdzie prowadził niezależny dom kultury. Organizował koncerty, wydarzenia, a także festiwal mondongo, czyli flaczków. Festiwalem upamiętniał rok 1810 w Buenos Aires, kiedy to czarni jeszcze-niewolnicy grali na bębnach, gotowali i sprzedawali flaczki, a za zarobione pieniądze wykupowali wolność kolejnych towarzyszy. W październiku zeszłego roku Checho zostawia Cordobę i wyjeżdża do miasteczka San Martin w prowincji Catamarca, by zadbać o chorego, ponad 80-letniego ojca. Cordoba ma blisko półtora miliona mieszkańców, San Martin — pięciuset. —Pięciuset siedmiu —poprawia Checho. Checho to gość nie tylko równy, ale i skromny Checho wie bardzo dobrze ilu mieszkańców ma San Martin: zna prawie wszystkich. Wszyscy znają prawie wszystkich na tej ludzkiej wyspie pośród pustkowi na skrzyżowaniu drogi krajowej numer 60 z prowincjonalną 33. Do najbliższej większej miejscowości w dowolnym kierunku jest przyna...

Ludzie: siostra od płukania narkotyków

Widzę, jak wstaje o dziewiątej: tak późno? To przez wakacje: normalnie trzeba się obudzić jeszcze przed piątą, czwarta czterdzieści pięć. Wykorzystuję styczeń na odespanie całego roku! Ta czwarta czterdzieści pięć jest dla wychowawców. Dzieciaki wstają o piątej, dwadzieścia sześć dziewczynek w wieku od sześciu do osiemnastu lat. Asia wchodzi do pokojów. Mieszkanki internatu jeszcze pochrapują, ciała porozciągane na wskroś materaców, przykryte lekkimi kocykami przed delikatnym chłodem poranka, który już za dwie-trzy godziny zmieni się w ciężki upał tropiku. Miasteczko leży na krańcu Amazonii. Niewiele kilometrów dalej na południe bezkresna dżungla spotyka się z boliwijskim pasmem Andów. Powietrze z konieczności unosi się w górę, ochładza i skrapia cały region podgórski, wilgotne Chapare. Aby dotrzeć do Bulo Bulo trzeba z lotniska Viru Viru jechać na zachód drogą na Cochabamba. Zaraz zaraz, co ja miałam robić? (fot. z archiwum misji w Bulo Bulo)

Ludzie: napełniać się młodością

Wszyscy moi koledzy, którzy mieli raka, umarli. Wszyscy – w otoczeniu rodziny. Żona, bracia i dzieci wozili ich do lekarzy, sadzali na kanapie, mówili: nic nie rób, nie wysilaj się, jesteś chory, nic nie możesz zrobić. Oni nie umarli na raka, tylko na depresję, na bezczynność. Hernan

Ludzie: marzenia obnośnego sprzedawcy

„Tylko czekam na wyrok i na moją część. Kupię nowy rower, wyszykuję go i pojadę: Peru, Boliwia, Argentyna, Brazylia. Potem przez Amerykę Środkową do Meksyku. Wezmę ze dwadzieścia kilo herbaty i w drogę!” Podchodzimy do okna. Sergio pokazuje mi elegancką, dwupiętrową kamieniczkę naprzeciw: „ To jest tego typu dom: sąd wycenił na dwieście tysięcy dolarów ”. W domu została żona i siedemnastoletni syn. Córka wyszła za mąż kilka lat wcześniej i wyprowadziła się. Sergio też się wyprowadził, ale na siłę. „ Dostała tej całej menopauzy, słyszałeś o tym? ” Хорошие парни

Ludzie: osobiste spotkania z muzyką

Zamiast biletu na występ zabiera się ciasto: w końcu muzycy nie zapraszają na koncert, a na spotkanie. Nie nazywają się też zespołem, a wspólnotą samokształcenia. Nie używają nagłośnienia, nie szukają popularności za wszelką cenę. Grupa Yerbabuena mrówczą pracą rozpowszechnia muzykę regionu w osobistych relacjach z publicznością. Spotykają się na próbach dwa razy w tygodniu. Argimiro – cuatrista , lider grupy i muzyk z wykształcenia – ćwiczy z wokalistkami interpretacje poszczególnych utworów i doskonali techniki śpiewu. Dziewczyn jest blisko tuzin, ale na próbach zjawia się raptem jedna czy dwie: każda ma stos innych obowiązków. Zwłaszcza w ostatnim czasie zaostrzonego wenezuelskiego kryzysu trudno jest – między kolejką po olej a kolejką po ryż – znaleźć czas na śpiewanie. Z frekwencją jest znacznie lepiej w niedzielne popołudnia na otwartych spotkaniach z publicznością. Organizuje się je w domach kultury, na uczelniach, świetlicach osiedlowych, a nawet w prywatnych mieszkaniach, j...

Ludzie: transformacje miłością

Kiedyś też sądziłem, że  i n w a z j a  to po prostu mieszkać w domu zbitym z desek krytym blachą czy plastikiem, z klepiskiem zamiast podłogi. Nie o to chodzi. I n w a z j a  to ten strach, że w każdej chwili mogą cię wypędzić. To pytanie, które zadajesz sobie każdego wieczoru: czy jutro będę spał w tym samym miejscu? Cesar 1. Niewielki, leciwy samochód Cesara zjeżdża z zachodniej wylotówki z Pereiry. Jadę za nim. Ruchliwa dwupasmówka zamienia się w wąską drogę gruntową, a miejsca obszernych willi z wysokimi żywopłotami zajmuje soczyście zielone pastwisko porozdzielane ogrodzeniami z drutu kolczastego. Zapowiada się dłuższa wycieczka, bo trawy zdają się ciągnąć po horyzont, bez cienia osady czy jednego choćby domu. Nagle droga załamuje się i spada ostro w dół, z niczego wynurza się skrzyżowanie. Kontynuujemy w prawo. Już nie wśród pastwisk, a w ciasnym sąsiedztwie dwóch rzędów domów.

Ludzie: podróże na emeryturze

Od trzydziestu lat nie wsiadał na rower. Nigdy wcześniej nie spał w namiocie. W wieku pięćdziesięciu kilku lat kupił rower, sam zbudował do niego przyczepkę i przejechał się z Ziemi Ognistej na jednym-, po Guajirę na drugim krańcu Ameryki Południowej. Alain

Ludzie: pan od owocowej pulpy

O szóstej rano przejaśnia się, a on siada na ganku. Patrzy w dal, w dolinę, gdzie San Rafael i droga na Puerto Nare. Przekrawa na pół lekkie, żółte owoce marakui o grubych skórkach i rzuca do wiadra: „ więcej roboty, niż jedzenia ”. Pan od owocowej pulpy i jeden rowerzysta