Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą meksyk

Muzyka: głos Chaveli jak wino

Pierwszych pięć odcinków serii o muzyce latynoamerykańskiej dotyczyło stylów muzycznych ( joropo , cumbia , trova , merengue i tonada ). Odcinek szósty, znaczytsja niniejszy, będzie o jednej kobiecie, Chaveli Vargas . Urodziła się w 1919 roku w Kostaryce i od tamtego czasu jej głos, jak wino, z każdym rokiem stawał się coraz smaczniejszy. Urodziła się w Kostaryce, ale większość swojego życia spędziła w Meksyku śpiewając ranczery , czyli piosenki o miłości, odrzuceniu, i zawsze z jakimś motywem alkoholowym, bo prawdziwy maczo o uczuciach nie mówi na trzeźwo. Ranczery śpiewają bowiem zazwyczaj faceci z wąsem (zob. Pedro Infante , Jose Alfredo Jimenez ) z grupą kolegów o szerokich kapeluszach z trąbkami, gitarami i skrzypcami, zwanych mariachi . Chavela zwykła ograniczać się do akompaniamentu jednej gitary. W pracę nad dojrzewaniem swego głosu angażowała szeroko cygara i napoje wyskokowe. Podobno miała romans z Fridą Kahlo . No volveré - Nie wrócę Nigdy nie miałem tego dylematu: c...

Pożegnanie z Morzem Karaibskim

Odchodzić z plaży w Choroni było trudno. Wygrzebałem się z namiotu koło siódmej. Zjadłem dwie pomarańcze i kawałek kasawy, cienkiego chleba z manioku. Patrzyłem w dal, a nogi obmywały mi morskie fale, spłukując z nich przy tym natrętne muszki: niewielkie jak nasze owocówki, z tą różnicą, że zamiast sączyć sok upadłych truskawek i nadgnitego jabłka, wolą raczyć się krwią. Choroni. Następnie zostawiłem ubranie na hamaku zawieszonym między palmami i począłem krok za krokiem powoli zagłębiać się w wodę. To również łatwe nie było: plaży Choroni towarzyszy pas płytkiej do pół łydki wody, a rozbijające się przed nim potężne fale skutecznie odbijają nas od głębszej strefy. Płynę wzdłuż brzegu. Pode mną metr krystalicznie czystej wody, na piasku dna rysuje się cień pływaka. Staram się utrzymywać kilka metrów od linii, na której fale załamują się. Przechodząc, podnoszą mnie tylko w górę o metr czy nieco więcej, i zostawiają w spokoju, darując podwodnych turbulencji. Sunę po powierzch...

Trzy nowe teksty w sieci: Meksyk, igloo i Salwador

Ostatnio publikowałem trochę na stronie korzystając z wakacji od wakacji, które spędziłem siedząc na tyłku w Beskidzie Honduraskim. Owoców tych wakacji jest jednak więcej, niż się spodziewacie. Zapraszam do czytania trzech tekstów na innych stronach: 1. Prywatny Zbawiciel (portret miasta San Salvador), na Peron4.pl 2. Artykuł instruktażowy o igloo budowie , na Peron4.pl 3. Sprzedawcy bez marzeń (reportaż z Chiapas, Meksyk), na PolitykaGlobalna.pl Też portret

Sprzęt: dwa kółka, namiot i cała reszta, czyli jedź miejskim rowerem przez Amerykę

W niniejszym wpisie serwuję zestaw w pełni nieprofesjonalnych rad ( dokładnie tak jak w przypadku Kazbeku ) dotyczących przygotowania sprzętowego do dłuższej wycieczki rowerowej. Co należy wziąć na rowerową wyprawę, nazwijmy to dumnie. W moim wypadku chodzi o Amerykę Łacińską, ale wiele poniższych stwierdzeń sprawdzi się także na trasie Jarosław - Cieszanów , czy Bratysława - Medżugorie w miesiącach letnich. Zajmiemy się zarówno kwestią samego roweru, jak i wszystkim tym, co sadystycznie na nim wozimy. Podkreślam, że przedstawione rady są z jednej strony subiektywne, z drugiej zaś: wypróbowane tak podczas obecnej wycieczki amerykańskiej , jak i w kilku innych rowerowych podróżach po takich egzotycznych stronach jak np. Roztocze (znacznie piękniejsze od tego pożal się Boże Meksyku ). W skrócie: wielu się nie zgodzi, że z 25-letnim rowerem w ogóle warto wychodzić z domu. A okazuje się, że się da. Co więcej: niczego nam z takim rowerem do szczęścia nie brakuje. W jeszcze większym sk...

Z odwiedzinami u zapatystów, czyli o spotkaniu czterech zamaskowanych gości i o domku malowanym w grzyby

Ludzie, których spotkałem w Meksyku , nie bardzo chcieli ze mną o tym rozmawiać. Zapatyści? Nie, w tych okolicach nie ma. Albo: Zapatyści? Nie ma problemu, to przyjaciele! Ale co oni właściwie robią? Oni? Nie, nic nie robią. To znaczy może i robią, ale nie tutaj. Zresztą: ja nic nie słyszałem. A z tymi protestami, z tą reformą, to o co właściwie chodzi? Eee, ja to nie wiem dokładnie (a transparenty przeciw reformie wiszą w każdej wiosce, same się wywiesiły?). Nikt nic „nie wie”. To chyba najlepiej zapytać samych Zapatystów. Będzie to opowieść z cyklu „a ciekawe, co się stanie, gdy tam pójdę”, prawie jak w przypadku Ksenii Degielko , ale tym razem mi się udało. Tak czy tak, pusty pokój z czterema zamaskowanymi gościami nie znajduje się na każdym rogu: żeby do niego dotrzeć, potrzeba pewnej wiedzy, niemniej nie jest to jakaś wiedza tajemna. Taką wiedzę zdobywa się – jak wszystkie najfajniejsze rzeczy w nieplanowanych podróżach – na drodze przypadku. Ostrzegam, że tekst będzie dłu...

Droga naznaczona znakami, czyli zakaz wyrzucania martwych psów i inne kwiatki

Jak to już kiedyś stwierdziłem - jeżdżenie na rowerze samo w sobie jest zajęciem stosunkowo nudnym. Prawa noga w dół, lewa do góry, potem odwrotnie i tak całymi godzinami. Na szczęście tak zwani drogowcy czuwają, byśmy się nie zanudzili na śmierć. W ogóle czuwają nad tym, by nic nam się nie stało. Dlatego przede wszystkim należy szanować ich pracę: ... i "nie niszczyć znaków", jak głosi podziurawiony napis. Tzn. no tam trochę sobie postrzelać można, ale wszystko z umiarem.

Aktualności: dwa nowe kraje i przyjaciele na pokładzie [z trasy]

Z internetem jak zwykle bida, a w Belize to już w ogóle bida wielka, więc będzie krótko. Najpierw, że ukazały się w tzw. międzyczasie dwa teksty gdzie indziej: 1.  Meksykańskie trzykołowce na Wolnym rowerze , 2.  Handlarze z San Cristobal na Peronie4 Belize City, wyspa ptasia Poza tym, to jestem obecnie w Belize, co oznacza, że już nie w Meksyku, a poza tym, że przeciąłem północną Gwatemalę. W Gwatemali zaś ludzie okazali się wspaniali, więc odetchnąłem nieco od nie-zawsze-przyjaźnie-nastawionych ludzi w Meksyku. Uśmiechają się aż miło. Albo weźmy taki drugi dzień w Gwatemali. Zajeżdżam pod sklep, na śniadanie zakupuję fasolę, bo co innego można jeść na śniadanie. Pan będziesz jechał dalej? A nie, zjem sobie tutaj. Aaa, to siadaj pan, siadaj - sadza mnie za stołem. Kawke pan lubisz? A no pewno! I leci do domu, żona, gringo przyjechał! To ja krzyczę, że polaco, a nie gringo, że Europa, a ten że świeta matko Bolka i Lolka, Europa, tak daleko, muy lejos, muy lej...

Zaduszki po meksykańsku

W Zaduszku, czyli tutaj: Dzień Zmarłych, miasto przenosi się na cmentarz. W Polsce stawiamy na grobach znicze, przynosimy zmarłym światło. Żydzi kładą na grobach kamienie, bo, jak mówią, na cmentarzu spotykamy się z wiecznością. wiece się wypalą, kwiaty zwiędną, a kamienie są wieczne. W Meksyku ludzie kładą na grobach trawę czy igliwie, siadają i zaczynają imprezę. Jest piwo, tequila, są tacos i pieczone kurczaki. Obowiązkowo kokakola. Rodziny siadają wokół grobu i biesiadują razem ze zmarłymi. Czasem przynoszą gitary, bywa że do grobu - domku z drzwiami i oknami - przychodzi cała kapela. W ostateczności można zawsze włączyć mp3 z komórki. Jeśli wuj czy brat lubił za życia dobry kawał mięcha, to się mu taki kawał przynosi. Jeśli lubił jakąś konkretną piosenkę, to się mu ją zagra. Dookoła kręcą się sprzedawcy chrupków, wody, orzeszków i wszystkiego tego, co się zawsze na ulicach miasta sprzedaje. Dookoła cmentarza stoją zaimprowizowane restauracyjki, leją się trunki, smaży jedzon...

Z Jukatanu aż do Chiapas wykonany skok, albo dziesięć meksykańskich nocy

Ostatnio pisałem z Meridy w stanie (bo Meksyk to też stany zjednoczone) Jukatan. Następnie przejechałem przez stan Campeche, przeciąłem fragment stanu o dziwnie znajomej nazwie Tabasco, aż znalazłem się w deszczowo-górzystym Chiapas. Wesoła mapka Jako, że jest to moja pierwsza dłuższa niż 5 dni wycieczka rowerowa, nie dziwi że pobiłem po prostu wszystkie możliwe wojtkowe rekordy. Czyli tak - najdłuższa trasa to już nie niespełna 600km , ale ponad 1400. A najwyższe wzniesienie to już nie 1445-metrowa przełęcz , tylko jakieś 2400 m n.p.m. . No nie powiem, jestem z siebie zadowolony. Nie przypuszczałem, że podjadę. A jadąc, nie przypuszczałem, że te cholerne podjazdy kiedyś się skończą. Nawet mój rower się nie posypał, to dopiero sukces. Ale w końcu jest młody, ma 24 lata, rok mniej ode mnie. Mi bici

Merida na fotografii i na filmie nawet!

Wieczorem ulice nieco sie wyciszaja, ale ryk silnikow starych autobusow nie ustaje. Ulice urzadzone sa w ksztalt szachownicy, ponumerowane, i tak np. na rogu 49 i 60tej alei jest przyjemna, malenka kawiarnia, w ktorej daja dobra kawe, przelatujacy przez otwarte drzwi i okna wiatr nieco chlodzi, a na drewnianym stiliku z grubym blatem pisze sie swietnie. W zeszycie. Tanczace baby. Nie wiem, czy ne wiedza co ta maja robic, bo wygladaly dosc niepewnie, ale panowie na trabkach daja rade. Klimat meksykanskiej fiesty prosto z mercado w Meridzie specjalnie dla Was!

Meksyk - pierwszych dni parę

Jest gorąco (no niespodzianka!). Ale gorzej, bo mam jechać na południe, więc będzie jeszcze goręcej. Pojechałem autobusem do Brukseli, stamtąd do poleciałem do Cancun. A teraz jestem w Valladolid, przebywszy pierwsze 180km w dwa dni, pierwej spędziwszy nieco czasu w Cancun, próbując przyzwyczaić się do tutejszej strefy czasowej (albo dalej mi nie wyszło, albo jestem zmęczony) i do tutejszych bakterii (a to akurat mi się udało... jakby to powiedzieć... kupa trzyma się kupy, o). Uwaga, uwaga, krokodyle gryzą nawet drewniane tabliczki!

''Na Niderlandach nikt nie pyta o niego wiosnę lub dwie (...)''

Jako się rzekło , tak się i pojechało. Jutro Cancun, dziś Bruksela. I piosenka.  Kleyffowy tekst (klik).

Co ja jeszcze robię w Krakowie i kiedy wreszcie pojadę na wakacje

Wszyscy już chyba wyjechali. Jeśli to czytasz, to znaczy, że coś dziwnego się z Tobą dzieje, bo albo nie wyjechałeś, albo wziąłeś ze sobą laptopa (a fu!). Ja natomiast siedzę w Krakowie. Ale już nie długo, już nie długo... No Meksyk, przecież napisane