Dzisiaj krótka wycieczka: z Podgórza na Salwator i z powrotem. Ale nie tramwajem. Nie rowerem nawet i nie pieszo. O nie! Bo przecież tak często jeżdżę nad Wisłą rowerem, czasem biegam, w sytuacjach wyjątkowych chodzę, ale jeszcze nigdy nie wpadło mi do głowy, żeby przejechać się tam na nartach. A przecież to świetnie przygotowana trasa: śnieg popada, ludzie przytupią i o ile zdążymy przed służbami miejskimi sypiącymi piach, to mamy idealną nartostradę! Wczoraj wreszciem na ten genialny pomysł wpadł. Wygrzebałem więc z tajemnej kryjówki narty biegowe, kupione wraz z kijkami i butami w zestawie za 30zł na Niskich Łąkach we Wrocławiu. Jeszcze w czasach, gdy Niskie Łąki były na Niskich Łąkach, a nie we Młynie Sułkowice. Zaś narty wyprodukowane pewnie jeszcze w czasach, gdy mama Justyny Kowalczyk nie byłą jeszcze mamą Justyny Kowalczyk. Te same narty, które wespół z oceanem mojej głupoty, walnie przyczyniły się do bolesnej klęski na górze Turbacz . A więc wziąłem te narty, przejechałem...