Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą szwajcaria

Bishorn dwa razy nieudany

Kontynuując alpejski kącik dziś opowiem Wam drodzy radiosłuchacze jak to dwukrotnie nie wszedłem na Bishorn . Zważywszy na to, że jest to jeden z najłatwiejszych 4-tysięczników w Alpach, po nie wejściu na Pik Lenina chyba zacznę się specjalizować w nieudanych wejściach na łatwe góry. Ale czytajcie, nie będzie lipy ! Wchodzimy na czterotysięcznik - za Cabane de Tracuit na 3256m n.p.m. zaczyna się lodowiec, więc trzeba się profesjonalnie przygotować! Na szczęście jeden z członków naszej trzyosobowej załogi zwany Marcinem Stefanem zna parę węzłów i przeprowadza nam hardkorowe szkolenie, zarejestrowane przez naszych reporterów:     Po takim instruktażu każdy młody junak smutek zwalczy i strach , nie zadrgnie jak liść osiki przed żadną szczeliną w lodowcu! Ale zacznijmy od początku:

Dents du Midi

Ten, co to podobno zawija Właściwie to dawno już nie pisałem nic konkretnego... to może jednak coś napiszę. Zbliża się zima, więc czas na śnieżne wspomnienia. Będzie o Alpach - tym razem bez traumatycznych przeżyć typu atak lisa czy spanie w igloo . W maju , czyli w terminach alpejskich: w zimie , wybrałem się w masyw Dents du Midi. Pojechałem stopem z Lozanny do Salvan ( zobacz jak się wydostać stopem z Lozanny ) i ruszyłem w kierunku jeziora Salanfe. Do jeziorka jeszcze spotkałem na trasie paru ludzi, potem już nie. Szwajcarzy czekają na sierpień. Po drodze natrafiłem też na zwierzęta, m.in. całą masę świstaków. Wreszcie przekonałem się dlaczego się nazywają świstaki - jak się rozświszczą nad Salanfe to jest naprawdę głośno. Spotkałem też tych dwóch gości poniżej :

Sa takie chwile, czyli kawiarnia w Karakol [z trasy]

Po przeszlo trzech tygodniach podrozy czlowiek czasem chcialby nieco odpoczac. Sa takie chwile w zyciu podrozujacego, ze pragnie z serca calego jakiegos kontaktu ze swa cywilizacja. Np. zjesc cokolwiek, co nie jest baranina itp. Zacznijmy od tego, ze na wschod od Buga wszystko co ma w swej nazwie CAFE tudziez KOFE jest po prostu mala restauracja. W szczegolnosci w Kirgistanie w takich miejscach mozna zjesc najrozniejsze (czyli tak ze dwie, bo reszty juz/jeszcze/po prostu nie ma) potrawy z baraniny, napic sie herbaty. A gdy ktos nieswiadomy zamowi kawe czeka go w najlepszym razie jakies neskafe 3w1 czy podobne swinstwo funkcjonujace mylaco pod nazwa szlachetniejszego napoju. No wiec wchodze do przybytku o nazwie Karakol Kofe/Karakol Coffee (idac ulica Toktogul od Jakshilik Bazar w strone wylotu na Jeti Oguz, drugi budynek za skrzyzowaniem z Lenina, po lewej): a tam kawiarnia! Prawdziwa! Taka wiecie, z kawa! Nie z neskafe czy innym rozpuszczalnym prochem, tylko najprawdziwsza,...

Pchli targ w Parc de Milan a sprawa Polska

Dziś o wycieczce bardzo krótkiej - jakieś 300 metrów jak dla mnie. Mieszkam w tej Lozannie 4 miesiące, ale w zasadzie co weekend gdzieś jeżdżę i nie miałem świadomości co się czasem w soboty koło mego domu odbywa. Otóż odbywa się tam najzwyklejszy pchli targ. W parku, w centrum miasta . Zupełnie taki jak na Świebodzkim albo na Niskich Łąkach (teraz Młyn Sułkowice) we Wrocławiu. Czyli, że można tam kupić dosłownie wszystkie dziady, jakie sobie tylko potraficie wyobrazić: od starych garów, przez niedzisiejsze zabawki, pluszowe konie, stare monitory, buty, ubrania, maszyny do pisania po kosiarki i rowery. Zanim jednak zdjęcia z komentarzami : komentarz ogólny. O " sprawie Polskiej ". Bo w Polsce to by było nie do pomyślenia! Gdzie, panie, takie dziadostwo w centrum miasta? Kto to widział!? Co na to powie EUROPA ? I już zaczęła by się batalia, żeby ich stamtąd wygonić, bo Europa cała patrzy i się wzdraga (od Sztokholmu po Cagliari, od Lizbony po Bukareszt!). Już by gazeta mic...

Cabane d'Orny: powitanie wiosny w Alpach

Pisałem już o tym, jak nie udało mi się dojść do Cabane d'Orny i jak w związku z tym spędziłem noc we własnoręcznie wykonanym igloo ( klik , tam też znajdziecie informacje jak dojechać do Orsieres, łatwo wyjechać z Lozanny stopem itp.). Teraz opiszę jak udało mi się dojść do Cabane d'Orny. To Warto tak o tym samym? Warto nie warto... zdjęcia ładne zrobiłem, a poza tym no nie to samo, bo udało mi się do tej chaty dojść, hę? Chatka leży na 2831m, w masywie Mount Blanc, zaraz na początku lodowca Trient . Ruszyłem tam ponownie jakoś około pierwszego dnia wiosny, dokładnie 24 marca. Tym razem w rakietach. Bo, powtórzę, wierzcie mi - śniegu w Alpach zimą są ilości straszne: jeśli nie lubujecie się w treningach rosyjskich bokserów typu bieganie w śniegu po pas to zabierzcie ze sobą rakiety - w przeciwnym razie marsz Wasz będzie na tyle spowolniony, że możecie na noc nie dojść do schroniska i sprawdzić swoje umiejętności w budowlance serwując sobie igloo ... ale to fajna zabawa !...

Mrożąca krew w żyłach opowieść o mgle, lisie, Wojtku i kocie obronnym

Preludium Jak już kiedyś pisałem schroniska stowarzyszone z   CAS - Club Alpine Suisse  są otwarte cały rok, w sensie także zimą, można wejść i spać, choćby nikogo nie było. Cabane Barraud na Anzeindaz też miała taka być.  Ale (w skrócie) nie była. A od początku rzecz wygląda tak, że na EPFL  mam wolny tydzień po Wielkanocy. Jak się tylko o tym dowiedziałem czekałem nań planując długie górskie wędrówki. Jak się już każdy domyśla cały ten tydzień lał deszcz i było zimno. Czekałem na polepszenie pogody, ale nie przyszło. Zdecydowałem się jednak wyjechać w piątek w okolice Grand Muverand. Plany były ambitne, ale widoczność mocno ograniczona (30m? no szło się w gęstej chmurze, po omacku, wszędzie tylko śnieg, ani ścieżki ani nic) więc i plany trza było ograniczyć. Zdjęć z gór nie mam: szarawą biel całkowitą możecie uświadczyć równie dobrze otwierając tani blok rysunkowy. Nic nie było widać, ale jak dolazłem do Solalex (~1400m n.p.m., co oznacza tyle, że zamiast de...

Obóz Ashraf

Słyszeliście kiedyś o czymś takim jak Camp Ashraf ? Ja nie, ale byłem dzisiaj w Genewie (tak się składa) i (tak się składa)  miałem okazję zobaczyć manifestację Irańczyków przed siedzibą ONZetu . Ludzi, którzy już ponad trzysta dni domagają się międzynarodowego stanowiska, a konkretnie to ochrony dla obozu Ashraf. Ale o co chodzi? Obóz Ashraf to obóz dla irańskich uchodźców (ok. 3.5 tysiąca mieszkańców) w Iraku, uchodźców - oponentów rządu Islamskiej Republiki Iranu, głównie związanych z organizacją zwaną Mudżahedini Ludowi. Organizacja ta była jedną z sił napędowych rewolucji, ostro walczyła z Szachem (jak "tytułowy" Ashraf Rajavi), nie zgadzali się oni jednak na religijną dyktaturę. W latach osiemdziesiątych schronili się w Iraku (w 1986 założono Camp Ashraf), który w tym czasie toczył z Iranem wojnę. Wujek Saddam oczywiście pozwalał i pomagał im się szkolić i zbroić, jako że było mu to na rękę. Po Amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 roku w kwietniu przeprowadzono po...

Rowerem po Szwajcarii: Lozanna - Château-d'Oex

W poprzedni łikend wyruszyłem rowerem do Château-d'Oex. Wyruszenie to poprzedziły małe przygotowania. Problem polegał na tym, że nie mam bagażnika. Istnieją trzy rozwiązania tego problemu: (i) rozerwać szaty i zostać w domu, (ii) wziąć ze sobą plecak i spocić się jak prosię, (iii) wziąć chlebaczek vel torba na maskę gazową z zakładów Jelcza sprzed dziesiątek lat pakując jedynie najpotrzebniejsze rzeczy (czyt. jedzenie). Cóż, życie jest sztuką wyboru: albo się człowiek poci jak świnia, albo nie jedzie albo wybiera rozwiązanie trzecie. Wybrałem rozwiązanie trzecie (co się na mnie zemści, ale co tam). Trasa prezentuje się mniej więcej tak: Trasa rowerowa 1463657 - powered by Bikemap   Jak widać charakteryzuje ją kilka podjazdów. Pierwszy znajduje się za Vevey. Jest krótki - i to jest jego zaleta. Do Vevey możemy jechać tak jak opisałem tutaj  albo drogą krajową (trochę szybciej).  W Châtel-Saint-Denis zauważyłem, że mogę dalszą drogę kontynuować r...

Przemiła rowerowa trasa Lozanna-Vevey

Rzeczona trasa nie grzeszy długością, więc i post będzie typu "krótka piłka". Otóż wyjeżdżamy z Lozanny i jedziemy wśród winnic Lavaux   do Vevey . Jedyna trudność polega na tym, że w Villette trzeba zjechać z głównej drogi w lewo, w rzeczone winnice. Nie trwóżcie się zresztą stwierdzenia "główna droga" - osobny pas dla rowerów jest tam jak najbardziej obecny! A dalej już poprowadzą nas znaczki z rowerkiem. To jest jakieś 20km . Tylko. Ale jest tak pięknie, że ohoho! Ktoś się nawet tak zachwycił tymi winnicami, że je wpisał na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (jak Machu Picchu albo Kalwaria Zebrzydowska ). A więc jedziemy przez rozłożone na dość spadzistym stoku rozciągniętym nad brzegiem Jeziora Lemańskiego (a że Polacy, podobnie zresztą Angole, wiedzą lepiej jak się nazywają jeziora w Szwajcarii niż Szwajcarzy, to u nas jest to Jezioro Genewskie)   winnice (po lewej winnice, po prawej winnice) pookalane kamiennymi murkami. Mijamy mniejsze i większe, bard...

Iglo

Zwykle piszę o tym, że mi się coś udało. Np. że wszedłem na Kazbek  albo że wytrzymałem z Tomkiem 10 dni na jednym jachcie i do tego opłynęliśmy Mazury wzdłuż i wszerz . W każdym razie dzisiaj będzie o tym co mi się nie udało. Właściwie to można ten post zaliczyć też w poczet opowieści o tym czego nie należy robić zimą w górach . Tak się składa, że w Szwajcarii zdarza mi się spać w różnych ciekawych miejscach. Np.  przy torach  albo  pod mostem . A jakby tak zastała nas noc zimą w górach ? Trochę też się waham czy pisać czy nie - wszak to trochę niewychowawcze, przecież mogą to czytać dzieci i młodzież w wieku szkolnym, podatni na złowrogi wpływ internetu. I jak się ich matki o tym dowiedzą no to wiecie. Ale spróbujmy. Będzie też o tym jak wyjechać stopem z Lozanny, ważna praktyczna informacja. No ale już do rzeczy. Wyjazd z Lozanny autostopem Paradoksalnie bardzo mnie ten znak ucieszył: no bo wiadomo że tak i tak na autostradzie w Ojropie stopować ...

Muzea w Lozannie, cz. 1

Minął już tydzień jak siedzę w Lozannie. W sobotę, po tygodniu intensywnego kursu francuskiego i ogólnego ogarniania co się dzieje, postanowiłem zobaczyć trochę miasta. Zwłaszcza, że była piękna pogoda oraz że, jak się dowiedziałem, w Lozannie w każdą pierwszą sobotę miesiąca wejścia do muzeów są darmowe (!) . Zanim jednak wybierzemy się na wycieczkę po muzeach - gorące frankofońskie pozdrowienia od Wojciecha Manna, Wojciecha Ganczarka i Krzysztofa Materny:

Fizyk w Lozannie

Uwaga! Ta notka zdradza wszelkie oznaki bycia notką długą, także jak jesteś Czytelniku leniwy, to lepiej od razu przestań czytać (dla dobra swojego i Twoich najbliższych)! Gdzieś tak mniej więcej w niedzielę przeprowadziłem się do Lozanny na najbliższe 5 miesięcy korzystając z programu Erasmus. Lozanna leży w Szwajcarii, wobec czego jest tam pieruńsko drogo a także zupełnie ładnie. Mieszkam więc sobie nad Jeziorem Lemańskim (czyli Genewskim, nie mylić z Jeziorem Lemańskim w powiecie szczycieńskim , chociaż czasem sobie myślę, że chętnie bym się zamienił*). Od niedzieli jest raczej pochmurno, nic nie widać i popaduje śnieg, chociaż chyba właśnie wyszło słońce, więc myślę, że może wreszcie zrobię dzisiaj zdjęcie czegoś ładnego, np. Alp po drugiej stronie jeziora. Póki co siedzę w kosmicznej bibliotece (tudzież Rolex Learning Center) gdzie mam internet, bo w mieszkaniu jeszcze się go nie dorobiłem. Rolex widziany od dołu, tzn. tam się przechodzi właśnie pod takimi łukami i z pewnoś...

Berno - miejskie pływanie, niedźwiedzie i babcia z Ameryki

Na koniec szwajcarskiego cyklu zaserwuję stolicę - Berno . Najpierw jednak dodać muszę, że dodałem (choć nie musiałem) parę zdjęć do notatki o Genewie jakby ktoś chciał je okropnie zobaczyć. Poza tym w poprzedniej notce o Luzernie zdjęć było mało, więc teraz dla odmiany będzie dużo. Hohoho. W każdym razie przejdźmy do rzeczy: Berno , jak przystało na stolicę jednego z bogatszych państw na świecie, jest nie za duże - właściwie mniejsze od Bielska-Białej jeśli idzie o ilość mieszkańców. O dziwo nie leży nad jeziorem, płynie tam natomiast rzeka Aare . Z rzeką Aare związany jest ulubiony sport mieszkańców tego miasta. Niestety nie miałem okazji zobaczyć jak oni ten sport uprawiają gdyż było na ten sport za zimno ponieważ mojej obecności tam towarzyszył wrzesień, ale... W samym środku Berna znajduje się piękna starówka, z kamieniczkami, parlamentem, domem Alberta Einsteina i różnymi pięknymi rzeczami. Do tego starówka ta otoczona jest w sposób że tak to ujmę kolisty rzeką Aare (p...

Lucerna, Pilatus, jedzenie od pana Murzyna i nocleg przy torach

Szwajcarskiego cyklu część chyba przedostatnia. A więc któregoś razu byłem w Lucernie . Lucerna to miasto - jak zwykle w Szwajcarii - niewielkie i - jak zwykle w Szwajcarii - całkiem urokliwe i w związku z tym - jak zwykle w Szwajcarii - położone nad jeziorem. Jezioro ku zaskoczeniu wszystkich nazywa się Luzernerzeje . Właściwie to najpierw poszedłem na Pilatus , szczyt zaraz obok Lucerny, 2137 m. Wszędzie tam było bardzo ładnie na co nie mam wielu dowodów, bo w całym swoim sprycie nie naładowałem baterii do aparatu. Miałem zamiar dojechać do Alpnach i tam zacząć pochód na górę. Z Alpnach wychodzą najbardziej uczęszczane szlaki a także super hiper kolej zębata o największym nachyleniu torów na świecie. Dojechałem jednak do Stansstad co nie robiło mi specjalnej różnicy więc zacząłem wycieczkę stamtąd (prawie dokładnie stamtąd skąd zrobiłem zdjęcie nr jeden w tym poście). Górka niby nie taka najwyższa (jak na Alpy) ale muszę przyznać, że trochę się zmęczyłem. Pilatus niby mnie...

Ticino, czyli o tym jak w Szwajcarii spałem pod mostem

Szwajcarskiego cyklu ciąg dalszy. Ticino stanowi większą część Szwajcarii włoskojęzycznej (dochodzi do tego jeszcze kawałek Gryzonii - prawda że ładna nazwa?). To najdalej wysunięty na południe kanton Konfederacji. Przy okazji: wydawać by się mogło, że Szwajcarzy zawsze byli bardzo grzeczni i pokojowi, warzyli sery i mnożyli pieniądze w bankach, jednak tereny obecnego kantonu Ticino zostały zajęte przez nich walką jak najbardziej zbrojną. Ale to było dawno, XVI wiek. Teraz Szwajcarskie wojska oczywiście zajmują się strzeżeniem papieża. Do Ticino wyruszyłem jakoś już we wrześniu. Jak zwykle w Szwajcarii nie było to specjalnie trudne: pojechałem autostradą prosto na południe, przez Luzernę . Jeszcze przed bajecznie długim, 17 -kilometrowym tunelem Świętego Gotarda udało mi się na małym przyautostradowym parkingu złapać wesołego szwajcarskiego włoskojęzycznego tirowca. Jak przystało na szwajcarskiego włoskojęzycznego tirowca znał on język włoski. Ja nie. Porozumiewaliśmy się wię...

Genewa - Kalwin, oenzet i śmiejący się garnek

Kontynuuję szwajcarski cykl . Któregoś z kolei łykendu byłem w Genewie (swoją drogą - kaleczenie języka polskiego nadużywaniem słowa "weekend" jest okropne, nieprawdaż? jakby ktoś znał jakiś polski zamiennik to ja poproszę). Wiecie gdzie jest Genewa. To tak na zachodzie samym Szwajcarii, blisko Francji . Mieszkają tam francuskojęzyczni Szwajcarzy, więc nie może być specjalnie fajnie no i nie było oczywiście ; ). Jest tam strasznie dużo międzynarodowych organizacji, strasznie dużo ludzi, straszny tłok, a do tego trafiłem na straszne korki. Poza tym było to chyba jedyne miejsce w Szwajcarii które widziałem i w którym było brudno . No coś niebywałego . Tutaj mapka . Jak widać droga z okolic Zurychu jest w miarę prosta. Autostradą na przód na zachód, w sumie prawie 300km. Wyświetl większą mapę Jak to się stało, że znalazłem się w Genewie? Z Turgi podjechałem do Baden, z Baden natomiast udało mi się dostać na autostradę w kierunku zachodnim, potem było już łatwo. Na począt...