Przejdź do głównej zawartości

Posty

La Guajira: zgub się na pustyni

Bezkresnej połaci suchej ziemi nie grodzą płoty. Nie poszatkowano jej drutem kolczastym, co zrobiono z całą resztą Kolumbii. Gdy to zobaczyłem, gdy naprawdę, do głebi zdałem sobie z tego sprawę, gdy przebiegłem wzrokiem od drogi po horyzont nie napotykając żadnej przeszkody – aż ciarki mi przeszły po plecach. Wreszcie wolność! W innych zakątkach Ameryki Łacińskiej nie jest wcale tak oczywiste, że możesz zejść z drogi, rozbić się namiotem gdzie zechcesz, przejść po polu, przypatrzeć z bliska kaktusom i cieszyć tym słodkim uczuciem przestrzeni.  [tekst ukazał się w magazynie RowerTour, numer z lutego 2015 ]  Nie jest tak sławna jak chilijska Atacama, chociaż też leży nad brzegiem morza. Nie tak popularna wśród cyklistów jak Patagonia, chociaż to też koniec Ameryki Południowej – tyle że północny. Półwysep La Guajira goszczący na swoim terytorium pustynne krajobrazy i rdzenny lud Wayuu znajduje się w większości na północno-wschodnim krańcu Kolumbii, z wąskim paskie...

Jadłem krokodyla

Wjechałem w Los Llanos, znaczy się w równiny. Krajobraz prorządowy, świat ma zapach mango. Na obiad zjadłem krokodyla. Nie był dobry. Ale przynajmniej jak mi ludzie będą zadawali jedno z tych pytań na które nigdy nie potrafię odpowiedzieć,  albo wzruszam ramionami, tzn. w tym wypadku: "I co, i co, i co, jadłeś coś dziwnego?", no to będę mógł powiedzieć, że tak, stary, jadłem krokodyla. "I co, i co, i co, jak smakował?". Jak zeschła sardynka. W pomidorach. [Jest taka scena w Persepolis , jak dziewczynka wraca z Europy do Iranu i przychodzą wszyscy z pytaniami. Właśnie tak, właśnie o te pytania mi chodzi.] Siedziałem teraz dwa dni w Santa Rosalia. Takie miasteczko z tych, w których nie dzieje się nic, grube baby siedzą przed domami na plastikowych krzesłach i gadają o loterii i tańczącej oślicy z cyrku, który przyjechał dwa dni wcześniej. Zaprosiła mnie do domu pani Maria, która - jak przystała na to święte i szlachetne imię - klnie jak szewc i sprawdza, czy wszyst...

Nad Brazylią zapada już zmrok

Urodziłem się na Dolnym Śląsku i w związku z tym moim pierwszym w życiu doświadczeniem zagranicy były Czechy, a dokładniej: zakupy w Czechach. Z mojej miejscowości do granicy nie jest jeszcze tak całkiem blisko do naszych południowych sąsiadów, ale od wioski, w której mieszka wujek W. to już całkiem blisko, może 20 kilometrów. I dlatego dawniej, gdy byłem duzo jeszcze młodszy, koronaczeska - słabsza, a o Unii Europejskiej nikt jeszcze nie słyszał, przy okazji rodzinnych wizyt jeździliśmy do Czech. Po lentilki i studencką dla dzieci, po rum i Złotego Bażanta dla taty (pod nieobecność mamy, ma się rozumieć). Był to typowy sklep dla Polaków, dość sporej wielkości samoobsługowa buda, kilkaset metrów od granicznego szlabanu, przy wiosce Bily Potok. Po drodze mijało się znak "Jesenik 30". Zagadkowe, zagraniczne miasto, gdzie ludzie mówią innym językiem, mają swój czeski ratusz, czeskie sklepy nie-dla-Polaków, czeskie reklamy i lodziarnie, do których mleka nie dostarcza wujek W., t...

Kołaczcie, a otworzą wam

Kołatałem. Otworzyli. Wracałem z Gran Sabany na północ przez zadupia. Boczną drogą, która z El Callao odbija na zachód. Dalej asfalt co chwilę pokrywa się piachem i kurzem, by po kilkusetmetrach wynurzyć się, z nową porcją kamieni wystających z jego czarnej powierzchni. Dźwięk, który wydają z siebie pracowicie kołujące opony, bite raz po raz tymi sporej wielkości przeszkodami, przypomina trochę starą kostkę brukową, kocie łby. A trochę nie. Dzień dwudziestego szóstego stycznia był w ogóle dość miłosierny: w El Manteco dostałem obiad za 200 zamiast za 300 boliwarów. A narzekanie, że przecież nie wszyscy kopiemy złoto. W tych okolicach jednak złoto kopią prawie wszyscy, za gram płaci się tyle, co sklepowe kasjerki zarabiają w miesiąc, więc ceny mogą iść i idą, mianowicie w górę. Dalej droga ciągnie się w stronę Upaty, na północ, przecinając niekończące się pastwiska. Początkowo dość systematycznie, raz na jakiś czas, pojawia się jakiś dom. Lektor w słuchawkach czyta mi Daviesa, myślami ...

Film grozy [wideo, z trasy]

Po ostatnim wpisie z trasy o rzeźnikach, aniołach i hamakach  (warto zajrzeć do tego wpisu raz jeszcze, zawiera dodatek!), dziś zapraszam na prawdziwą filmową historię z życia pod tytułem: ¨Takie jest życie¨. Prosto z Gran Sabany dla widzów z Polski! W rolę fizyka w podróży wcielił się znany i lubiany fizyk w podróży! Zapraszamy na seans! (bilety płatne przelewem na konto bankowe, reszty i paragonów nie wydajemy) Chociaż zawartość pozytywnej myśli w powyższym filmie może zostać uznana za niejednoznaczną, dalej było już tylko lepiej, co ilustrują poniższe zdjęcia. Więcej, m.in. o złamanej ramie, o tym jak się naprawia rower za pomocą sznurka i o szalonym Brazylijczyku-rowerzyście, w następnym odcinku Waszej ulubionej strony o podróżach! Polećcie znajomym, stryjowi i babce!

Rzeźnik, kierowcy, hamaki i aniołowie [z trasy]

Caracas. Na stacjach metra rząd reklamuje zwycięstwa rewolucji: wzrost dzieci wzrósł (a jakżeby inaczej) średnio o 1.8 centrymetra, jedzenie krajowych warzyw pewnikiem niepodległości, a żywienie stało się podług konstytucji prawem, a nie zwykłym biznesem. Plakaty z uśmiechniętym chłopcem pouczają o zasadach użytkowania podziemnego transportu, a na peronach pasażerowie posłusznie formują ogonki do wejść w wyznaczonych do tego sektorach. Potem wyjście z metra: wylewająca się jak płyn ludzka masa, która gęstnieje na ruchomych schodach, potem rozprasza się na wyjściowych bramkach i rozbiega na oddzielne strumienie biegnące do czterech wyjść, by tam wreszcie wypłynąć, ujśc do rwącej rzeki stołecznej ulicy, by zgrać się z jej bezsennie pulsującym rytmem. wygrałem. Nie ma tego w stolicach środkowoamerykańskich, ze względu na ich zmotoryzowanie. Nie ma w wielkej wiosce - kostarykańskim San Jose. Ten narkotyzujący pęd miasta, na który narzekasz, ale nie chcesz z niego wyjść. Który oska...

Wpis z Caracas [z trasy]

Zdaje się, że pomimo względnej aktywności piśmienniczej w ostatnim czasie ( Świat do góry nogami według Eduardo Galeano , Ameryka Środkowa: nauka powolnej jazdy czy Pożegnanie z Morzem Karaibskim ) właściwie dawno już mi się nie zdarzyło opisać co się właściwie ze mną dzieje. A to podobno czasem kogoś interesuje (tzn. tak mi kiedyś powiedział T. i od tamtego czasu piszę - od czasu do czasu - wpisy opatrzone znaczkiem [z trasy]). Mam dużo różnych notatek, urywków, impresji. To już czwarty zeszyt, który ze mną podróżuje. Trzy pozostałe i kilka książek, ciążą coraz bardziej w sakwach i proszą, by je wysłać do Polski. Pani Justyna z Caracas mówi, że teraz nie, bo na Boże Narodzenie kradną paczki najwięcej: tak na poczcie, jak i u kurierów. Może w styczniu? Piszę do Was z Caracas (nie mylić ze Skaracas, ska-jazzową grupą z Caracas, która jak nikt inny gra Watermelon Man, taaaaaa tatatata ta, Watermelon man...)

Świat do góry nogami według Eduardo Galeano

„Sto trzydzieści lat temu, po wizycie w krainie czarów, Alicja przeszła przez lustro aby odkryć świat odwrócony. Jeśli Alicja narodziłaby się ponownie w naszych czasach, nie potrzebowałaby przekraczać żadnego lustra: wystarczyłoby jej wychylić się przez okno.” - takim stwierdzeniem, wyróżnionym z tekstu głównego, Galeano rozpoczyna swoją rozprawę „Do góry nogami: szkoła świata odwróconego” [Patas arriba: la escuela del mundo al revés, pierwsze wydanie: 1998], w której krok po kroku pokazuje, jak w naszym świecie czyny, deklaracje, zwyczaje i opinie stanęły zupełnie na głowie. Pierwszy rozdział rozpoczyna od sprecyzowania tej ogólnikowej metafory: świat do góry nogami nie ceni szczerości, karze za pracowitość, nagradza brak skrupułów, a jego prawem naturalnym, wśród chóralnych śpierwów na temat równości i braterstwa, pozostaje wyzysk jednych kosztem drugich. Wszystko to brzmiałoby jak stek poczciwych narzekań, jakby nie to, że na kolejnych stronach znajdujemy całą panoramę bardzo k...