Przejdź do głównej zawartości

Posty

Muzyka: kolumbijska cumbia

Lecimy z drugą lekcją muzyki latynoamerykańskiej: dzisiaj kolumbijska cumbia (czyt. kumbia). Pierwsza lekcja, o wenezuelskim joropo , była nieco przydługawa, więc dzisiaj polecimy króciutko. Za miejsce narodzin cumbii przyjmuje się Kolumbię, chociaż obecnie jest grana wszędzie od Argentyny do Meksyku. Ma prosty i żywy rytm na dwa, wybijany przez obowiązkowy zestaw bębnów, w którym odbijają się afrykańskie korzenie gatunku. Korzenie związane z kulturami narodów rdzennych (postkolonialnie zwanych Indianami, chociaż od paru setek lat wiemy, że Ameryka to nie Indie) wyrażają się w użyciu instrumentów dętych, podobnych do fletu (jak gaita czy caña de millo ). Dla przykładu przesłuchamy sobie temat Yo me llamo cumbia (Nazywam się cumbia) interpretowanego przez królowę gatunku, Totó la Momposina (która, jak sama nazwa wskazuje, urodziła się na wyspie Mompox na rzece Magdalena). O czym śpiewa Toto? Zobaczymy sobie pierwszą zwrotkę: Yo me llamo cumbia, yo soy la reina por donde voy,...

Wywiad: demokracja bezpośrednia po wenezuelsku

W Wenezueli istnieje system demokracji bezpośredniej: ludzie zbierają się na osiedlach i wspólnie decydują o swoich sprawach. Budują szkoły, boiska, organizują kursy, rozwiązuja problemy. Rady wspólnot, czyli consejos comunales , zostały wprowadzone przez Hugo Chaveza i mimo atrakcyjności idei "władzy dla ludu" wywołują wiele kontrowersji: przede wszystkim są niekonstytucyjne. Wśród zwolenników opozycji rady stanowią synonim korupcji i malwersacji finansowych. Znane sa również przypadki, że ludziom nie popierającym rządu utrudnia się czy wręcz uniemożliwia zarejestrowanie rady wspólnoty, albo stale odmawia przyznania środków na postulowane projekty. W artykule rozmowa z Emilią Rodriguez, działaczką - sekretarzem ds. infrastruktury rady wspólnoty Santa Rosa, osiedla na obrzeżach miasta Merida w wenezuelskich Andach. [Uwaga techniczna: zwykle w artykułach na tej stronie nie występują przypisy. Teraz owszem, niektóre są nawet istotne, zwłaszcza ten z numerkiem (3).] ...

Muzyka: wenezuelskie joropo

Od dziś będziemy się zapoznawać z muzyką latynoamerykańską. Pomysł ten pojawił się w bardzo dobrym momencie, bo akurat w chwili, kiedy nie piszę na stronie zbyt wiele o Wenezueli, jako że informacje te wchodzą w skład Tajnego Projektu, o którym już wspominałem . Aby więc nie zaniedbywać ani Szanownego Czytelnika, ani misji edukacyjnej, którą również wypełnia niniejsza witryna, powstał pomysł następujący. Raz w tygodniu , albo raz na dwa, wrzucał będę na stronę utwór reprezentujący jeden z wielu gatunków muzycznych , które kwitną w Ameryce Łacińskiej . Bo muzyka latynoamerykańska to nie tylko Shakira, Ricky Martin i Buena Vista Social Club, o nie. Będę wrzucał utwór i jakąś drobną informację, w stylu kto, gdzie, na jakich instrumentach, o czym i tak dalej. Nie sądzicie chyba jednak, że wykreowałem tę ideę samodzielnie. O nie, ja samodzielnie nie wymyślam takich genialnych rzeczy, zostałem mianowicie zainspirowany! W Meridzie (Wenezuela, tak, w dalszym ciągu Wenezuela, już od ponad ...

Wenezuela: raport z kolejki po mleko

Freddy – właściciel domu, w którym wynajmuję pokój - zadzwonił do mnie koło drugiej po południu: w Bicentenario , czyli państwowym supermarkecie, rzucili mleko, ale zdaje się, że niewiele więcej, bo kolejka jakaś krótka. Zajął mi miejsce, a ja powiedziałem, że już idę i zacząłem się zbierać. W Meridzie mleko w proszku mimo wszystko nie jest wielkim wydarzeniem: produkuje się je w okolicy i chociaż trzeba się po nie wystać parę godzin, to jednak zazwyczaj gdzieś się je dostanie. Co innego, kiedy na półkach pojawi się szampon czy mydło, to już inna sprawa. Wrzuciłem do plecaka paszport z dowodem osobistym, wskoczyłem na rower i w parę minut byłem już pod Bicentenario przy placu Glorias Patrias . Socjalistyczny samoobsługowy mieści się na parterze niewielkiego centrum handlowego. Nie widać go z ulicy, a skarlały, wyblakły szyld nie rzuca się specjalnie w oczy. O lokalizacji sklepu znacznie skuteczniej informuje pozwijana kolejka, które ciągnie się na zewnątrz, wzdłuż ulicz...

Coś w okolicach deportacji, ale z happy endem

Żadne prośby, błagania, pytania ani nalegania nie pomogły. Żebym mógł chociaż do Meridy, na dzień czy dwa, panie władzo, rzeczy zabrać, rower i sakwy. Nie, nie i koniec. No ale dlaczego? Bo tak mówi prawo. No ale jakie prawo? Takie... nowe takie prawo... jest takie, poszukaj sobie w internecie. Szef wenezuelskiego biura migracyjnego w San Antonio del Tachira był nieugięty. Potężna sylwetka służbisty obciągnięta zielonym mundurem, przekrwione oczy i kompletny brak zainteresowania pośpiesznie wypowiadanymi zdaniami petenta. Upór i gnojenie przeciwnika poprzez ignorowanie, pokazowe odwracanie głowy na dźwięk pytań etc. Akurat dzień wcześniej czytałem swoistą psychoanalizę jaką Alex Capriles M. sprawił swoim rodakom: w książce "La picardía del venezolano o el triunfo de Tío Conejo" [Chytrość Wenezuelczyka albo triunF Wuja Królika] szkicuje historyczne i kulturowe procesy, które wyprodukowały społeczeństwo bipolarne.  Z jednej strony mamy stale do czynienia z odrzuceniem wszelk...

Betonowy pomnik z siedemdziesiątego trzeciego

Dwudziesty trzeci stycznia, ostatni wieczór, dzień i noc na Gran Sabanie ( tutaj są zdjęcia ). Koło piętnastej: dojechałem do końca i właściwie miałbym jeszcze czas, by zjechać w dół czterdzieści kilometrów zakrętów w upalne Las Claritas, ale nie chciałem. Wolałem zostać, nacieszyć się chłodem, ciszą, widokami. I byciem u końca, u kresu, jakiegoś kresu. Najeść się tym odblaskiem spełnienia czy sam nie wiem czego. To był w końcu tylko fragment podróży, ale jakiś zamknięty, dający się wyodrębnić, więc jednak patrzyłem w gwiazdy z pewną cichą satysfakcją. Zobaczyłem te wszystkie cudowne miejsca, rzeki o czerwonych dnach i niekończące się zielone pagóry, spędziłem w sumie ponad trzy tygodnie od wyjazdu pierwszego stycznia z Puerto Ordaz. Rozbijałem namiot w polach i nad rzekami, kąpałem się w wodospadach. Dobry czas, przejechałem ponad tysiąc kilometrów. Udało się wjechać do Brazylii - granice zawsze pozostają dla mnie pewną niewiadomą - i kupić dolary. Wieczorem rozpaliłem ognisko. Daw...

Płodozmian i trójpolówka

Szesnastego września dwa tysiące czternastego roku wyjechałem, a właściwie wypłynąłem z Capurgana w Kolumbii , gdzie spędziłem dwa miesiące odpoczywając w cieniu wielkiego mangowca . Wczoraj, czyli prawie sześć miesiący później, zadomowiłem się w pokoiku na drugim piętrze pewnego ceglanego domu w Meridzie w Wenezueli. Szczególnie aktywne były ostatnie trzy miesiące: w połowie grudnia wyjechałem z Caracas, po niecałym miesiącu byłem już na granicy z Brazylią, a potem przeciąłem środek kraju by dostać się do San Fernando. Dalej robiłem parę dłuższych, kilkudniowych przerw: w Apure, w Barinas, w Los Llanitos przed Meridą. Wspiąłem się na przeszło trzy i pół tysiąca metrów, co było dla mnie wyzwaniem, jako że najwyższe wzniesienie do tej pory to jakieś 2200-2300 w okolicas San Cristobal de Las Casas, jeszcze w Meksyku. I dojechałem.

La Guajira: zgub się na pustyni

Bezkresnej połaci suchej ziemi nie grodzą płoty. Nie poszatkowano jej drutem kolczastym, co zrobiono z całą resztą Kolumbii. Gdy to zobaczyłem, gdy naprawdę, do głebi zdałem sobie z tego sprawę, gdy przebiegłem wzrokiem od drogi po horyzont nie napotykając żadnej przeszkody – aż ciarki mi przeszły po plecach. Wreszcie wolność! W innych zakątkach Ameryki Łacińskiej nie jest wcale tak oczywiste, że możesz zejść z drogi, rozbić się namiotem gdzie zechcesz, przejść po polu, przypatrzeć z bliska kaktusom i cieszyć tym słodkim uczuciem przestrzeni.  [tekst ukazał się w magazynie RowerTour, numer z lutego 2015 ]  Nie jest tak sławna jak chilijska Atacama, chociaż też leży nad brzegiem morza. Nie tak popularna wśród cyklistów jak Patagonia, chociaż to też koniec Ameryki Południowej – tyle że północny. Półwysep La Guajira goszczący na swoim terytorium pustynne krajobrazy i rdzenny lud Wayuu znajduje się w większości na północno-wschodnim krańcu Kolumbii, z wąskim paskie...