Przejdź do głównej zawartości

Posty

Laura, historia z południa

Laura nie planowała zamieszkać w raju. Może dlatego chce opuścić El Chalten, wyśnione miasteczko w argentyńskich Andach.  Laura w domu (Laura nie nazywa się Laura, a jej historia nie stanie się częścią filmu dokumentalnego o tożsamości argentyńskiej  z uwagi na wyraźne życzenie zachowania anonimowości bohaterki. Zmieniam imię i kilka nieistotnych faktów, które ułatwiałyby jej identyfikację. Zostawiam opowieść, ilustratywne świadectwo realiów i historii południa Argentyny.)  Dziadek przekroczył góry od strony chilijskiej. Znalazł się w argentyńskim Junin de los Andes i ożenił się z Mapuczką ("upolował sobie Mapuczkę", mówił mężczyzna, bo odnoszenie się do miejscowych z pogardą jest w regionie bardziej zasadą niż wyjątkiem ). Kobieta urodziła pierwszego syna, drugiego — ojca Laury — i córkę. Przy trzecim porodzie zmarła.  --> Artykuł został opublikowany dzięki wsparciu projektu  Fizyk w Argentynie  na portalu Patronite. Jeśli chcesz, by na stronie pojawiał...

Prawo do przeszłości

Ruben, postawny 76-latek, wita się w języku mapudungun. Potem długo się zastanawia, do której z etni należała rodzina jego matka. W niewielkiej społeczności rdzennej na południowych obrzeżach miejscowości Sarmiento żyją osoby identyfikujące się jako Mapucze, Tehuelcze i Keczua. Wielu to śmieszy.  Ruben Dionizja, żona Rubena, nie ma wątpliwości: pochodzi od Tehuelczów. Opowiada, że ci charakteryzują się ponadprzeciętnym w regionie wzrostem, grubymi włosami i wysokimi kościami policzkowymi. Jej ciało perfekcyjnie odpowiada opisanemu modelowi. Zarazem stanowi wyraźne zaprzeczenie urody Mapuczów: niższych, o drobnych, czarnych włosach i szerszych twarzach. Tak wygląda siedzący obok Manuel Antileo, kuzyn Mercedes Antileo, którą poznałem w Junin de los Andes. Dionizja mówi dużo, Ruben śmieje się, że jest polityczką. Postulowała się na burmistrzynię Sarmiento: w wyborczej potyczce zajęła drugą lokatę. Teraz, w drewnianym domku na kilku hektarach kamienistej ziemi, opowiada o ziołach lec...

Virginii miejsce na ziemi

Od północy i aż do rana grała muzyka i szczekały psy. Fajerwerków widzieliśmy niewiele. Od czasu do czasu ktoś wystrzelał pojedynczą rakietę: z tych bez kaskad kolorów, tanią i bliskiego zasięgu. Znacznie częstsze były okrzyki. Virginia uśmiechnęła się przelotnie. Te są za darmo, powiedziała. Z domu Virginii widać panoramę położonego w dolinie miasta El Bolson. Przez wolną przestrzeń między koronami drzew patrzymy na szeregi niedużych domów ustawionych na stromym zboczu. Stok opada w kierunku centrum. By dostać się do "Dzielnicy Bez Granic" położonej na obrzeżach sektora "La Esperanza" należy wdrapać się do samego końca kamienistej ulicy, która na szczycie wzgórza spotyka się z lasem. Słowo "esperanza" oznacza nadzieję. Balkon z widokiem na El Bolson Ubrania śmierdzą dymem z paleniska, które nie gaśnie nigdy. Na krągłych, gorących kamieniach Virginia opiera fragment ogrodzenia. To kuchnia. Pochyłość terenu utrudnia przemieszczanie się, ale mieszkanie na wz...

Na południe IV: Neuquén

Wypocząłem. Zabrakło mi jedzenia. Zjadłem soczewicę z czosnkiem i przesiedziałem dwie godziny przed jedynym sklepem w okolicy. Zjawił się sprzedawca. Nie sprzedawał wiele: paczki ciastek, puszki, ser. Już czuję, że jestem w drodze. Czuję, że to dobrze. Zobacz też --->  Na południe III: Rio Negro Gdy wyjeżdżałem, zapowiadało się na deszcz. Wiał intensywny wiatr z południa. Nie byłem przy siłach: na śniadanie zjadłem niewiele, poza tym miałem wrażenie rozstroju żołądka. Przystanąłem niecałe dziesięć kilometrów za miasteczkiem. Otworzyłem termos z gorącą wodą, zaparzyłem mate. Mijało blisko dziewięć miesięcy od chwili, kiedy wiadomość o całkowitym zamknięciu dróg w Argentynie unieruchomiła mnie w Junin de los Andes. Wciskałem w siebie chleb, popijałem gorzki napar i patrzyłem na wijącą się w dole rzekę Chimehuin. Powoli, stopniowo, ale jednak z każdą chwilą czułem się spokojniejszy. W mgnieniu oka przyzwyczaiłem się do bycia w drodze: już, od razu, po kwadransie pedałowania. Miałem...

Diego Maradona: odszedł symbol

Zmarł Diego Maradona i —nie mogło być inaczej— w Argentynie rozgorzał spór. Jedni chcą czcić "boga piłki", drudzy —bo w Argentynie grupy zawsze są dwie— kpią z uwielbienia dla "narkomana i macho". Wśród zwyczajowo spolaryzowanych komentarzy, zdarzają się jednak perełki takie jak poniższy tekst. W mojej opinii, Alejandro Joma wyjątkowo trafnie oddał znaczenie Diego dla Argentyny. Pozwolę sobie zamieścić tłumaczenie. "Umarł Diego. Ten sam Diego, który urodził się w ubogiej dzielnicy Fiorito, ten Diego, który wydał pierwsze zarobione pieniądze na dużą pizzę z mozarellą dla swojej matki; Diego, który miał dzieci i który pod koniec życia zaczął nawiązywać z nimi kontakt; ten Diego który zdradzał swoje żony, zażywał narkotyki, ten Diego, który miał problemy z alkoholem, Diego ziejący nienawiścią do gejów, lesbijek i osób trans, Diego agresywny i brutalny, Diego, który miewał rację i który się mylił, i który tymi pomyłkami obciążył życiorysy innych. Ten sam Diego, któ...

Patagonia przygnębia

Patagonia to przestrzeń, ale za drutami Wydaje mi się, że wszystko [co jest ze mną nie tak], nawet obecny nowotwór, rodzi się w Japonii. Rodzi się z głębokiego przygnębienia życiem w społeczeństwie, które nie jest wolne   — mówi synowi Tiziano Terzani w książce-rozmowie "Koniec jest moim początkiem". W marcu 2020 roku w Argentynie ogłoszono kwarantannę w związku z pandemią COVID-19. Zakaz poruszania się po kraju przeciąga się do dziś. To dlatego przyszło mi spędzić przeszło osiem miesięcy w Junín de los Andes, niedużej miejscowości w północnej Patagonii. Junin jakoś mi nie leżał. Wciąż nie leży. Ale —mówiłem sobie— nie należy zrzucać winy za własne przygnębienie na czynniki zewnętrzne. Źródeł przygnębienia należy szukać wewnątrz: oto dojrzałe podejście do sprawy. Przyglądałem się więc sobie od środka, jednak cały czas miałem wrażenie, że jest coś jeszcze, coś poza mną, coś przemożnego, co nie pozwala mi nabrać wiatru w żagle i ciąży jak kula u nogi, czy raczej u głowy. W miar...