W Sinkjangu bardzo wiele rzeczy dziwi. Próbujesz sobie to jakoś w głowie złożyć, ale większość elementów do siebie nie pasuje. Gryzie się chińskie z ujgurskim, a raczej: to pierwsze zagryza to drugie. Przygniatają wieżowce Korli, potem pustkowia wyłożone hektarami suszącej się papryki, którą potem - pokruszona i przemieloną - dodajesz do gulaszu, a potem żyzny Turfan i najsłodsze na świecie rodzynki. A potem znów Urumczi i skąd tam się nagle wzięły te reklamy po rosyjsku. Albo jedziesz pustynią , a tu nagle wieżowiec. Dzień dobry